wtorek, 26 lipca 2016

Pilarka w buszkafcie. Stihl czy Husqvarna?

- "Kochanie, ty zdaje się myślisz, że jak mi dasz swobodę, to ja będę rżnąc kurwy w Twoim łóżku. Mylisz się bardzo. Chodzi o moralną atmosferę swobody, z której dobrowolnie można nie korzystać. 

A teraz muszę kończyć, bo tu słaby zasięg i taki hałas, że nie słyszę własnych myśli. Pogadamy wieczorem na spokojnie, ok? Papa. Kocham cię."

- Żona? - zapytał Marian, .
- Nie, twoja siostra.
- Żartujesz?
- A jak myślisz?
- Że chuj
- To dobrze myślisz

W cichości, nie patrząc na siebie, ostrzyliśmy łańcuchy pilarek. Rozgrzane osłony kartera pośmiardywały mieszanką oleju, benzyny, dębowych trocin i mokrego mchu. Grzały w uda jak diabli. Albo jak siostra Mariana.

- Marian, pytanie za sto punktów: Stihl czy Husqvarna?

- Do rżnięcia dziwek potrzebujesz? - odburknął, nieco naburmuszony. 

- Oczywiście, ale myślałem bardziej o czymś do prac przydomowych i ogrodowych, amatorskiej pilarce używanej od czasu do czasu. Takie EDC, które można wozić w bagażniku na okazję zwalonego drzewa, drobnych robót obozowych albo nieoczekiwanego spięcia z kretynem, który wymusił pierwszeństwo na staruszce-rowerzystce. Lubię ręczne narzędzia, ale porządna pilarka potrafi zaoszczędzić mnóstwo czasu w lesie. Na modern bushcraft i kryzys wieku średniego jak znalazł. Więc jak? Husqvarna czy Stihl?

- Na kretyńskie pytanie odpowiem równie kretyńskim pytaniem: Młajtaj czy Ajkido? Beemwu czy Mercedes? Atari czy Komodore? Kuba, kurwa to naprawdę jest temat rzeka w stylu "O wyższości Wielkanocy nad świętami Bożego Narodzenia". Ilu osób się nie zapytasz, tyle odpowiedzi na to pytanie uzyskasz. Firmy porównywalne, praktycznie każda z tych pilarek będzie dobra jeżeli trafi w odpowiednie ręce. I odwrotnie przez złe użytkowanie każdą z nich można bardzo szybko zniszczyć. Podstawa to ostry łańcuch i jego smarowanie, konserwacja. 





Kolega pilarz zawodowy twierdzi że profesjonalna Husqvarna jest dobra do cięższej roboty a Stihl do precyzyjnej. Z kolei Gustaw, zagorzały fanboj Stihla, twierdzi, że stihlowe modele amatorskie sprawdzą się też w ciężkiej pracy, bo mają te same rozwiązania konstrukcyjne co modele profesjonalne. Szybko się rozpędzają do pełnej mocy i nie mają, tak jak Huskva, plasticzanych osłon i napinacza łańcucha. Ludzie się strasznie wkurwiają na te plastiki Husqvarny. Za to w Stihlu niestety łatwo powyrywać szpilki prowadnicy. Z drugiej strony HQ 445 to najlepsza amatorka jaka wyszła z nowej edycji. W Husqvarnie nie ma szpilek tylko są śruby do zbiornika oleju i wzmocnienie z blachy. Wybierz 450 i zapomnij o czyszczeniu filtra powietrza i nie musisz jak w Stihlu MS 251 pamiętać czy aby nie za bardzo zawalony.

Profi czy amatorka? Mnóstwo pilarzy pracuje pilarkami amatorskimi zawodowo i nie narzeka. Nie wytrzymają takiego wpierdolu jak profesjonalne, ale chodzi o cenę zakupu i ewentualnych części. Maszyny amatorskie są też bardziej idiotoodporne. To ważne, bo zazwyczaj uszkodzenia piły to nie wina konstrukcji, tylko użytkownika, który przeciąża maszynę przez zwykłą głupotę.









- Marian, a marketowe no-name'y? 

- Sprzęt marketowy ma tę zaletę, że jak się popsuje to wymieniają na nowy, a ten markowy idzie do serwisu i tam udwadniają klientowi, że się źle z nim obchodził i gwarancji nie uznają. Np. Partnerrobi  całkiem przyzwoite Biedahusqvarny. Ale zazwyczaj kupując w markecie, kupujesz gówno, np "STIL". Jeśli piła łańcuchowa ma być zakupem na wiele lat, tyle, ile żyje Twój las, to nie bierz jednorocznych wynalazków.







Zasadniczo do twoich zastosowań buszkaraftowo-awanturniczych do mniej intensywnego cięcia z przerwami z przerwami na piwo, to non-profi Husqva 236 wystarczy. Tylko od razu wymień prowadnice i łańcuch na Oregon. Albo weź amatorskiego Stihla z serii MS170/180, tylko pamiętaj, żeby często czyścić filtr i układ smarowania, bo lubią się zatykać.

Albo wiesz co? Spierdalaj. Najlepiej sprawdź który serwis masz najbliżej (i czy obsługa jest wporzo), zobacz czego używają okoliczni ZULowcy i tego się trzymaj. Serio. 





wtorek, 17 maja 2016

Kwaśnica Siekierezad Umarłych

Położyłem się wieczorem i wstałem rano. Jak to mówi Pismo Święte? Niewiasta... niewiasta... eee... hm... coś takiego. Cholera jasna, zawsze po wódce mam łeb jak dziurawe wiadro. Ale jak bym tak z tydzień nie pił, to bym sobie przypomniał. W każdym razie coś z niewiastą i coś, że bardzo źle.


- Pan zwariował?
- Nie. Przyjechałem zwariować.

- Widzę, że następny do raju - powiedziała. - Magda na mnie wołają. Na żerdziach ja robię, bo co można na ścince zarobić? Na ścince to gówno zarobisz a na żerdziach to oho-ho. No, niech się ubiera i niech idzie teraz za mną.

- Zapali pani Sporta, pani Magdaleno? Skosztuje kawy?

- Ach, ale jak ty dobrze mówisz Nowy! Ty mnie coraz więcej podobasz się. Ale wiedzieć ci trzeba, że nie ma czasu, nie ma wozów, nie ma części, nic nie ma do kur... cholery. Jak przyjadą nowe wozy to wtedy elegancko pojedziem razem na sumę do Pęsławic. A przed końcem się wysmykniem i hop do karczmy. Jakby ty tam Nowy był...

- Chyba będę. Zjem przy okazji jakiś porządny, gorący obiad. Kwaśnica mi się marzy. Bardzo podoba mi się ten pomysł, pani Magdaleno.

-  Albo się coś komuś za bardzo nie podoba albo za bardzo podoba. I to wychodzi na jedno. Bo jak się komuś za bardzo podoba, to zawsze jest ktoś drugi, komu się to właśnie bardzo nie podoba. Idziemy, bo Wasyluk czeka. Dobrze jeździcie, co?

- Nie. Ale za to szybko.











I wtedy mi się przypomniało.

Kiedy miałem jakieś 10 lat, po raz pierwszy zobaczyłem napis przy wejściu do XVIII-wiecznej karczmy w Jeleśni:

"Cyś to chłopie osaloł, cy ty ni mos rozumu, karcma stoi u drogi, a ty idzies do domu?"

Karczma. Taka prawdziwie prawdziwa karczma, a nie dworkopodobna, przyautstradowa konstrukcja dla tirowców, komunie, wesela, chrzciny, pogrzeby, zeżryj, zapłać, spierdalaj i umrzyj. Prawdziwa karczma to była.

Nie wiem jak dzisiaj, ale w połowie lat 80. jeleśniańska karczma była podzielona. Po prawej stronie od wjazdu dla powozów była elegancka część dla turystów, a po lewej stronie - regularna mordownia z klepiskiem, drewnianymi ławami, siwo-szarą, półprzepuszczalną atmosferą zagęszczoną dymem z extra mocnych, popularesów i popękanego pieca z przypieckiem, zapieckiem i całą bandą nakotłowanych górali, z których się strasznie kurzyło kiedy się prali po ryjach. 

Tata, dzięki, że mnie zabierałeś w takie miejsca. 





Administrował tym burdelem lokalny Społem czy inny Giees. Specjalność zakładu - "Kwaśnica na świńskim ryju". I ta kwaśnica mocno wryła mi się w psyche i w pamięć dziesięciolatka. Kiedy potem w latach 90. katowaliśmy narciarsko Korbielów i okolice Beskidu Żywieckiego, to zawsze starałem się tam wpaść na kwaśnicę. I choć knajpa się bardzo niepotrzebnie ucywilizowała, to warto było wpaść! Bo kwaśnica jest pyszna! 

Więc kiedy dostałem w prezencie od znajomych "Nigdyniepsujący Się Zestaw Surwiwalowy", czyli: prawdziwą kiszoną kapustę (nie kwaszoną i nie sklepową), wędzone żeberka, wędzoną kość i suchą jak wiór kiełbasę, to pomimo braku świńskiego ryja postanowiłem zrobić na tym kwaśnicę. 

Egzekucja

Do wody wrzuć żeberka i kości tak, aby były całkowicie przykryte i gotuj na maksymalnym ogniu. Po pół godzinie odlej wodę i oddziel mięso od kości. Napełnij garnek z obranym mięsem nowa, zimną wodą, dodaj sok z kiszonej kapusty oraz samą kapustę, pokrojoną w długie, parzące brodę kawałki. Jeśli wolisz żeby kwaśnica była mniej kwaśna - przepłucz kapustę pod zimną wodą. I gotuj na małym ogniu do czasu, aż kapusta będzie miękka, a mięso mięciutkie.

W międzyczasie kroimy boczek, kiełbadrona i cebulę w drobną kostkę i przesmażamy na patelni. Podsmażoną na złoto cebulkę z boczkiem i kiełbą wrzucamy do garnka z kończącą się gotować zawartością i mieszamy. Wszystko doprawiamy solą i świeżo mielonym pieprzem w dużych ilościach. Zagęszczamy zasmażką z dwóch łyżek mąki zezłoconych na maśle.

Na sam koniec dodajemy odrobinę majeranku (na część Mariana) i kilka ząbków czosnku wedle uznania. Ja lubię dużo czochnu, Podajemy z ziemniakami albo topinamburem, ugotowanymi lub upieczonymi w oddzielnym naczyniu (w kwaśnej zupie nam nie zmiękną).

Jeśli chcemy, żeby kwaśnica była mniej gazopędna i lżejsza do strawienia - dowalamy pół garści kminku, ale uwaga - kminek mocno zdominuje nam kompozycję smaków i zapachów. 

Taka kwaśnica to idealna sprawa na zimne, deszczowe, bieszczadzkie popołudnie.

Kurwa, ludzie, jakie to jest pyszne!

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Pielmieni syberyjsko-tureckie

"Wśród pierogów najbardziej cenię sobie pielmieni, do których farsz robi się z mięsa surowego. Łączy się w odpowiednich proporcjach wieprzowinę, wołowinę i baraninę, przyprawioną intensywnie czosnkiem i innymi przyprawami. Pielmieni podane ze śmietaną, dużą ilością czosnku, są niesłychanie pociągające i mógłbym je jeść godzinami."
Józef "Łysy Jedzie do Moskwy" Oleksy w liście do Zdzisława Kręciny

Najdalsze rubieże, last frontiers, czyli tzw. pogranicza to miejsca gdzie kultury i ludzie się, proszę szanownej stryjenki, pierdolą między sobą. Gdzie bliskość granicy sprawia, że miksuje się wszystko: język, kuchnia, genetyka i geografia. Gdzie kontakt z kulturą sąsiada jest naturalny, nieunikniony i ludzie wybierają sobie z tego transferu kultur to, co najlepsze. Bo za bardzo nie mają innej opcji żyjąc w miejscu, w którym żyją. Uwielbiam takie miejscówki i dobrze się w nich czuję, najlepiej.

piątek, 11 grudnia 2015

Rakiety i skitury

"Wiele lat później, stojąc naprzeciw plutonu egzekucyjnego, pułkownik Aureliano Buendia miał przypomnieć sobie to dalekie popołudnie, kiedy ojciec zabrał go z sobą do obozu Cyganów, żeby mu pokazać lód." - "Cien años de soledad" , Gabriela García Márquez 

W zeszły weekend połknąłem "Wilki" Wajraka. Pomijając fakt, że to świetna, dobrze napisana książka (i to o wilkach) a wajrakowe pisanie jest bardzo bliskie mojej wątrobie, to strasznie ucieszyły mnie opisy łażenia na nartach po narewkowych łąkach. A parę dni temu na imprezie poznałem kolesia, który zdobył mistrzostwo świata w wyścigach psich zaprzęgów i w jeździe na nartach z psem.

wtorek, 1 grudnia 2015

Pan Kiełbadron

"Kiełbasa, (etym. sanskryt Kilaibhaśa पोलिश पका मांस ) - grube świecące jedzenie: (sanskr. kilai - grube; bha - świecące; aśa - jedzenie). 

Wyrób wędliniarski przygotowywany na cześć androgenicznego bóstwa Paraśuramy (pol. Dzierżący Topór, sanskr. Paraśurāma परशुराम ), postaci często wzmiankowanej w literaturze wedyjskiej - Śrimad-Bhagavatam, Mahabharata. Paraśurama zabił Kartawirję, który ukradł i zabrał do Mahismati spełniającą życzenia świnię Kamadhenu i zrobił z niej Pierwszą Kiełbasę (patrz także: Kiełbasa Kamadhenu)."

H. Lanszmit, "Kultura wędliniarska Orientu. Tom III: Maghreb, Lewant i Subkontynent Indyjski", ZNiO, Ossolineum, Lwów 1937, str. 228

Kasztan jadalny

O kurwa! Kasztan jadalny! - wrzasnął niespodziewanie Marian. - Najlepsze kasztany są na placu... - zacząłem odruchowo, ale nie zdążyłem dokończyć, bo Marian strzelił mnie w ucho.

- Aleś ty kurwa głupi! Jak, nie przymierzając, ten przemądrzały kurdupel z Centrali. Siedź, słuchaj i nie odzywaj się, bo dostaniesz w drugie ucho! Na placu Pigalle najlepsze są kurwy a nie kasztany. Każde dziecko to wie! Ale u nas na wiosce, nawet najstarsi menele nie widzieli nigdy takiego drzewa. Wiesz skąd to wiem? Powiem ci: Jakby widzieli, toby go zeżarli, tak jak zeżarli tego łabędzia, co na stawie zimował. A ten stoi, widać, że jeszcze od przedwojny. Znaczy jakiś mądry gość go musiał go tu zasadzić, jak tu jeszcze ten las był, co go teraz nie ma, bo pobudowali te nowe domy dla menadżerów średniego szczebla. Zasadził tego kasztana pięknie. Bo to nie z naszej bajki drzewo, ino antropofit, przywleczony przez Rzymian z południa. A posadzić zjadliwego kasztana tak, żeby za maleńkości przetrzymał naszą zimę i kasztany rodzić zaczął, to sztuka jest! I to kurwa jaka! W arboretum w samym Radomiu takiego pięknego nie mają! 

niedziela, 29 listopada 2015

Tealighty

W uniwersum Metro 2033 Dymitra Głuchowskiego podstawową walutą w postapokaliptycznym handlu jest amunicja. Jestem święcie przekonany, że jeśli kiedyś zdarzy się scenariusz surwiwalowy typu "Gówno Wpadło w Wentylator - Boruch Wyłączył Światło", czyli kryzys energetyczny i długotrwałe przerwy w dostarczaniu energii elektrycznej, to obowiązującą walutą w handlu wymiennym będą świeczki.

Ludzkość bardzo szybko uzależniła się od elektryczności, ale równie szybko i łatwo może wrócić do czasów sprzed ustawy z 28 czerwca 1950 r. o powszechnej elektryfikacji wsi i osiedli. Pamiętam doskonale ile świeczek schodziło w stanie wojennym i wiem jaki przerób świeczek ma znajoma, która mieszka w Puszczy Białowieskiej, bardzo daleko od najbliższego słupa energetycznego. Świeczki są po prostu genialnie surwiwalowe i warto je zbierać. Małe tealighty - wkłady do podgrzewaczy, uwielbiam i uważam za jeden z doskonalszych wytworów cywilizacji. Kosztują bardzo niewiele, można je długo przechowywać w setkach lub tysiącach sztuk, a zajmują naprawdę niewiele miejsca. Zawsze się przydadzą.

poniedziałek, 23 listopada 2015

Surwiwalowe napoje, które NIE są mdłe, gorzkie, ani śmierdzące. Odcinek I

Kiedy kapitan Paszke wyruszał na samotny rejs dookoła świata "pod wiatr", powiedział, że największym problemem będzie brak snu. Śpisz tylko parę godzin dziennie i to w kilkunastu ratach - max kwadrans. Bo w tym czasie dopływasz do czegoś, co jeszcze przed chwilą było za linią horyzontu. I możesz przypieprzyć w jakiegoś śmiecia typu flotsam and jetsam, wypadnięty z kontenerowca ładunek z chińskimi koszulkami, śniętego wieloryba albo pijany francuski lotniskowiec kieszonkowy.

- Długo będzie tak płynął? - zapytała Moja Pierwsza Żona, matka świeżonarodzonych bliźniąt.
- Jakieś 4 miesiące - odpowiedziałem.
- Eee, to na luzie - oceniła fachowo i poszła zrobić nam kawę. Kawę czarną jak sumienie faszysty, jak zamiary polskiego pana, jak polityka angielskiego ministra.

czwartek, 15 października 2015

Ziemniak. Pan Ziemniak.

 Jeśli nagrasz dźwięk skwierczącego na patelni boczku i puścisz od tyłu, to brzmi to zupełnie jak trzaski i szumy starej płyty winylowej na 33 i 1/3 obrotów. Dokładnie identycznie! (Tom Waits)

- Jeśli zbyt długo patrzysz na ziemniaka, ziemniak zaczyna spoglądać na ciebie - westchnął Marian patrząc w dogasające ognisko.

- Słucham? - spytałem nieco zaskoczony tą nietzscheańską sentencją i oderwałem na chwilę wzrok od mrugających węgielków. - Że co?

- CHUJÓW STO! - ryknął Marian. Zupełnie zapomniałem, że skubaniec miał przygotowane takie bezpieczniackie bon moty na każdą okazję i po raz kolejny dałem się złapać. Wszystko przez to cholerne zmęczenie.


czwartek, 1 października 2015

Książki i poradniki surwiwalowe. TOP TEN

Księgarnie pełne są mniej lub bardziej pociesznych poradników surwiwalowych, z których możemy się dowiedzieć jak rozpalić ogień pocierając oczodół kiszoną pokrzywą oraz jak wyznaczać kierunki świata brudną skarpetką i widelcem. Wybór jest przeogromny. Co więc wybrać? Które książki są szkodliwe i przeciwskuteczne a które sprawią, że zostaniemy Surwiwalowym Guru już po 15 minutach lektury?

Zacznijmy od podstaw. Pamiętajcie, by omijać publikacje wydane na papierze kredowym i/lub w twardej okładce oraz e-booki. Słabo się palą i trudno się nimi podetrzeć w sytuacji awaryjnej. Z drugiej strony - uważajcie na powielone na ksero rękopisy z rycinami wykonanymi z ziemniaka. Patrzysz na taki rysunek i nie wiesz, czy autor chciał narysować kicającego zajączka czy rakietowy pocisk balistyczny dalekiego zasięgu. Mogą być z tego nieliche kłopoty.

piątek, 25 września 2015

Spanie w lesie jesień/zima. 10 głupich porad.

"Żyjemy wiecznie. Budzisz się wiosną, kiedy usypiasz, jest jesień, a między nimi tysiąc razy powraca zima..."
Erich Maria Remarque – Łuk triumfalny

Kończy się sezon w którym spanie w plenerze jest łatwe, proste i przyjemne jak siostra Mariana. Przez najbliższe miesiące będzie chłodno, mokro i czasem nieprzyjemnie. Tak to już w długotrwałych związkach czasem bywa. Ale nadal może być fajnie. Kilka porad, jak się przygotować do spania w lesie jesienią i zimą.

1. ŚPIWÓR

Dobry śpiwór to podstawa. Nie warto oszczędzać kasy, ani wagi. W jednokilówce Pajaka parę razy prawie zamarzłem. Szmatę Małachowskiego i Alpinusa Łosia spaliłem wczołgując się w nocy do ogniska. Potem przez kilka lat dźwigałem MSSa klnąc go na potęgę, ale potem w nocy dziękowałem za ciepły i nieprzerwany sen. Lepiej też wziąć spiwór za ciepły, niż za zimny. Pamiętajcie, że producenci podają dane na wyrost, a granica komfortu oznacza, że noc udało się przeżyć, a nie, że się porządnie wyspaliście. Łatwiej też rozpiąć za ciepły worek, niż uszczelniać za zimny. A i temperatura może w nocy zlecieć niespodziewanie w dół, nawet o kilkanaście stopni.

Puch czy syntetyk? Jak zwykle są dwie szkoły: falenicka i otwocka. Ja wolę syntetyki, ale jak kto lubi.

wtorek, 25 sierpnia 2015

"Tato, dlaczego ty jesteś taki duży a dotykasz pokrzywy?". Dzieci w lesie.

"Dzieci są zakałą ludzkości. Jest to klasa nie produkująca, pasożytnicza, uprzywilejowana, chorowita, samolubna, pozbawiona wychowania i wykształcenia, niegrzeczna i brudna. (...) Jestem, jak wiadomo, człowiekiem złym. Nie lubię dzieci, kwiatów, ptaszków, piesków i tym podobnych bredni. To ja odkryłem, że kwiaty są świnie."

Antoni Słonimski


Za każdym razem, kiedy słyszę narzekanie na młode pokolenie: Że nic nie robią, że niewychowane pedały w rurkach, siedzą tylko i grają w słoneczko na komputerze, wyrazów obelżywych używają w tramwaju, na ulicę plują a pod płotem szczają - to mam ochotę roześmiać się takiemu narzekaczowi prosto w twarz. Serio?

czwartek, 20 sierpnia 2015

Kuchenka SurvivalTech mod.04 wer.666

SurvivalTech to ci kolesie, którzy uzbrojeni po zęby biegają po lesie w dziwnym maskowaniu i święcie wierzą, że są gotowi na inwazję Jaszczuroludzi z Kosmosu. Zmartwię Was chłopaki - na wszystkich nas nie starczy Wam amunicji! A nasze dzidy laserowe są lepsze niż Wasze dzidy laserowe.

No i te Survivaltechy zrobili kiedyś własną kuchenkę ekspedycyjną.

Kuchenki i piecyki do gotowania w terenie to kupa zabawy. Można zrobić je z wszystkiego - ze starych puszek, z kawałka rury, ze starego ociekacza na zlew, z samego zlewu, z pojemnika na srajtaśmę, z azbestu, z obudowy od kompa, z samochodowych elementów blacharskich itp. Z wszystkich tych fajnych rzeczy, które występują w polskich lasach w dużej obfitości, bo jakiś chuj je wyrzucił. Problem jest tylko jeden. Ciężko potem taką zaadaptowaną w charakterze rusztu studzienkę kanalizacyjną przenosić ze sobą na większe odległości. Bo ciężko, bo niewygodnie, no i brudno.

piątek, 26 czerwca 2015

Fondue Dalekiego Zwiadu. Combat SEREK

Tradycyjne fondue to proste danie szwajcarskich pastuchów. Taki przaśny posiłek helweckich parobków - kociołek z rozpuszczonym ementalerem pół na pół z gruyerem (plus lufa kirszu), w którym macza się bułę nabitą na patyk. Lubię fondue strasznie, bo z maczaniem buły jest zawsze masa problemów a przy podgrzewanym kociołku fajnie się siedzi i gada.  

Ale taktycznej wersji paprykowo-rozpoznawczej chyba jeszcze nigdy nie robiłem.

Przezornie postanowiłem nie rozpoczynać eksperymentu od roztopienia kilograma szwajcarskich serów o wartości przekraczającej budżet średniej wielkości afrykańskiego państwa (np. takiego Radomia). Użyłem starej metody zwiadowczej, tzw. rozpoznanie gnojem.

piątek, 12 czerwca 2015

Najsłynniejsza Kałuża Świata - Eskimåkvinnans Skinnbyxa

"Nie chodzi o to, by złapać jenota, ale by gonić go"
- stare karelskie przysłowie

"Jestę gepardę ulicy, serce mam z napalmu,
Jestę synę bomby jądrowej, zapomnianym dzieciakiem Ziemi,
Tym, Który Serczuje i Distrojuje"
- Iggy Pop



Słynny fiński strzelec wyborowy Alvar Aalto znany był z tego, że potrafił zapieprzać na nartach przez 50 kilometrów, tylko po to, by bez mrugnięcia okiem odstrzelić denko w butelce wódki trzymanej przez niczego niespodziewającego się lejtnanta Armii Czerwonej, Aloszę Żmijcewa. Jak oceniają historycy, Żmijcew stracił w ten sposób podczas Wojny Zimowej co najmniej 505 flaszek, w  rezultacie czego popadł w głęboką depresję i umarł na zespół odstawienia alkoholowego w wieku 23 lat.

sobota, 2 maja 2015

Poczet Konserw Polskich. Część pierwsza


Paprykarz Szczeciński

Podobno są na świecie rzeczy straszniejsze niż paprykarz. Oczywiście, że są: wirus Ebola, napromieniowanie Strontem-90 i Cezem-137 oraz nieoperacyjny guz mózgu. Szczerze? Po zjedzeniu połowy puszki czuję się, jakby zaserwowano mi wszystkie z wymienionych atrakcji jednocześnie. Jeśli uważasz, że Paprykarz Szczeciński jest okej, to albo jesteś kibicem Pogoni Szczecin albo ostatnio jadłeś paprykarz w 1968.

Legenda głosi bowiem, że Paprykarz Szczeciński został opracowany w połowie lat 60. XX w. przez pracowników laboratorium PPUDiR Gryf ze Szczecina i był wynikiem pomysłu racjonalizatorskiego na zagospodarowanie odpadów toksycznych. Pierwowzorem paprykarza była afrykańska potrawa czop-czop, której smakiem na początku lat 60. zachwycili się technolodzy z polskich statków-chłodni podczas połowów u wybrzeży Afryki Zachodniej. W pierwotnym oryginalnym paprykarzu szczecińskim 50% zawartości stanowiły różne gatunki ryb afrykańskich (m.in. gowik i pagrus). Reszta to ryż, pomidory sprowadzane z Bułgarii i Węgier oraz ostra afrykańska papryczka pima. 

To chyba jedyny przykład potwierdzający bzdurną tezę, że "Panie-za-komuny-to-było-leeepiej" - potem afrykańskie ryby zdechły, statki-chłodnie zgniły, zaprzyjaźnione kraje demokracji ludowej przestały być krajami demokracji ludowej a paprykarz zamienił się w niejadalne gówno.

Kiedy jeszcze grupa V.S.O.P. prężnie działała surwiwalowo, to na każdy wyjazd kupowaliśmy masę różnych konserw w hurtowych ilościach. Fragment z dziennika pokładowego, data gwiezdna 1998: 

"Najbardziej nie lubimy wpierdalać Paprykarza Szczecińskiego. To gówno składa się z ryżu, ryby i ni chuja ni mo papryki. Julek kiedys kupił całą zgrzewke i potem z Szulą wpierdalali to przez dwa tygodnie. Nawet mi się chciało rzygać jak na to patrzyłem. Najgorzej, że nawet jak się zje tylko łyżeczkę, to pierdolony ryż siedzi potem między zębami i smierdzi cały dzień."

Koniec wpisu, podpis nieczytelny. Ciał nie odnaleziono.

niedziela, 12 kwietnia 2015

Cops & Donuts. Pączki Komisarza Gordona

 "Jestem pączkiem" – John F. Kennedy (dosłowne tłumaczenie “Ich bin ein Berliner”)

"Mhhhmmm… pączki!" - Homer Simpson


Jak to z większością przepisów z Anarchist Cookbook bywa- ingrediencje do produkcji są ogólnodostępne, a roboty jest na jakieś 30 minut. Reszta to czekanie aż materiał wyrośnie. Zdziwiłem się, bo cukiernictwo to dla mnie nieznany syf, a pączki wyszły za pierwszym razem i to całkiem niezłe. Bajzlu też narobiłem cztery razy mniej niż podejrzewałem, że narobię. Poziom upierdliwości - medium. Jakby się uprzeć, to pączki da się usmażyć na byle czym i z byle czego. Fajna sprawa.


niedziela, 1 marca 2015

Zupa Ponurego Żniwiarza (habanero inside)



"Come on baby... don't fear the Reaper"
Blue Öyster Cult

"Widzisz? Roboty ona się nie boi. Nie ma w niej tchórzu przed pracą. Chałupę ci oporządzi, pole ci obrobi, drzewa narąbie i w pysk da, jakby cię ktoś w karczmie napadł upitego. To ona samego wójta w dupę kopnęła. To ona! Widzisz? Nie ma drugiej takiej we wsi. Zwykłemu chłopu to się taka dziewucha może tylko przyśnić. Silna jak wół, mało je i nie gada za dużo. Nie zeżre całej zupy z gara."
Andrzej Ziemiański, "Achaja"


Nie wiem jak u Was w domu, ale u mnie zostaje mnóstwo uschniętego chleba, zwanego "suchym chlebem dla konia".  Tak serio i z ręką na sercu -kiedy ostatnio oddaliście chleb niaparzystokopytnym? Jak się bardzo uprę, to mogę go oddać jakimś zaprzyjaźnionym koniom, królikom czy kaczkom. Ale tego nie robię. Mogę czasem taką starą bułkę zetrzeć do mielońca albo użyć do panierowania schaboszczaków. Ale i tak dużo tego zostaje. A wyrzucić chleb to jednak strasznie głupia i niehonorowa sprawa. Gdzieś tam w Bambuszu dzieci głodują.. czuję się jak świnia.

piątek, 13 lutego 2015

Samobieżna koza bojowa

"Każdej nocy nawiedza mnie ta koza, bezdźwięcznie otwierająca i zamykająca pysk"
Człowiek, który się gapił na kozy

Dzięki uprzejmości pewnego zaprzyjaźnionego Żmudzina, mogliśmy przetestować nowy model samobieżnej kozy bojowej, który ma wejść na wyposażenie austriackiej marynarki wojennej w Zell am See już w przyszłym roku. Projekt powstał przy współpracy New Earth Army - tajnej i eksperymentalnej jednostki US Army, której operatorzy posiadają paranormalne zdolności i palą przepotworne ilości zielska.

Koza bojowa bazuje na starym i sprawdzonym sposobie Aborygenów na przetrwanie wyjątkowo zimnych nocy, zwanym "nocą na trzy psy": 

Kładziemy się na ziemi między dwoma psami, a trzeci, którym się przykrywamy, służy nam jako kołdra. Badania terenowe udowodniły, że w warunkach bojowych trzy psy z powodzeniem zastąpić jedną kozą.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

DIY. Zrób sobie łyżkę

Szuchow wyciągnął łyżkę z walonka. Cenił sobie tę łyżkę, zwędrowała z nim całą Północ, sam ją odlał w piasku z aluminiowego drutu, sam na niej wyskrobał: „Ust-Iżma, 1944”.

Sołżenicyn, "Jeden dzień Iwana Denisowicza"

Wiatr połamał nam kiedyś Starą Morwę w ogrodzie. Drzewo było prawie suche, bo od lat zaduszał ją jakiś bluszcz o pędach grubości rury od odkurzacza. Pomyślałem wtedy, że przerobienie takiej fajnej morwy w całości na opał byłoby świństwem i marnotrawieniem materiału. Odłożyłem więc kilka ładniejszych kawałków na później. Oczywiście większość z nich głupio spaliliśmy zimą, ale jeden przetrwał.