sobota, 2 maja 2015

Poczet Konserw Polskich


Paprykarz Szczeciński

Podobno są na świecie rzeczy straszniejsze niż paprykarz. Oczywiście, że są: wirus Ebola, napromieniowanie Strontem-90 i Cezem-137 oraz nieoperacyjny guz mózgu. Szczerze? Po zjedzeniu połowy puszki czuję się, jakby zaserwowano mi wszystkie z wymienionych atrakcji jednocześnie. Jeśli uważasz, że Paprykarz Szczeciński jest okej, to albo jesteś kibicem Pogoni Szczecin albo ostatnio jadłeś paprykarz w 1968.

Legenda głosi bowiem, że Paprykarz Szczeciński został opracowany w połowie lat 60. XX w. przez pracowników laboratorium PPUDiR Gryf ze Szczecina i był wynikiem pomysłu racjonalizatorskiego na zagospodarowanie odpadów toksycznych. Pierwowzorem paprykarza była afrykańska potrawa czop-czop, której smakiem na początku lat 60. zachwycili się technolodzy z polskich statków-chłodni podczas połowów u wybrzeży Afryki Zachodniej. W pierwotnym oryginalnym paprykarzu szczecińskim 50% zawartości stanowiły różne gatunki ryb afrykańskich (m.in. gowik i pagrus). Reszta to ryż, pomidory sprowadzane z Bułgarii i Węgier oraz ostra afrykańska papryczka pima. 

To chyba jedyny przykład potwierdzający bzdurną tezę, że "Panie-za-komuny-to-było-leeepiej" - potem afrykańskie ryby zdechły, statki-chłodnie zgniły, zaprzyjaźnione kraje demokracji ludowej przestały być krajami demokracji ludowej a paprykarz zamienił się w niejadalne gówno.

Kiedy jeszcze grupa V.S.O.P. prężnie działała surwiwalowo, to na każdy wyjazd kupowaliśmy masę różnych konserw w hurtowych ilościach. Fragment z dziennika pokładowego, data gwiezdna 1998: 

"Najbardziej nie lubimy wpierdalać Paprykarza Szczecińskiego. To gówno składa się z ryżu, ryby i ni chuja ni mo papryki. Julek kiedys kupił całą zgrzewke i potem z Szulą wpierdalali to przez dwa tygodnie. Nawet mi się chciało rzygać jak na to patrzyłem. Najgorzej, że nawet jak się zje tylko łyżeczkę, to pierdolony ryż siedzi potem między zębami i smierdzi cały dzień."

Koniec wpisu, podpis nieczytelny. Ciał nie odnaleziono.

Szynka Premium Krakus

Porsche wśród konserw - absolutny klasyk i legenda. Kultowa puszka w kształcie serca otwierana na kluczyk. Chude mięso z wyraźnie widocznymi włóknami, odrobina galaretki, piękny różowy kolor. 

- Have you got smoked ham?
- We sure do. How about this one? It`s very juicy. Perfectly smoked!
- Boże mój. No kochany Pan. Skąd się Pan tu znalazł ... z kraju ... co za niespodzianka. I na dłużej, do świąt Pan zostanie!

Nic nie poradzę, ale wyjątkowo nie cierpię szynki Krakusa. Smakuje jak styropian z wyraźną nutą tektury, pachnie zupełnie niczym i prawie nie ma tłuszczu (a ja bardzo lubię tłuszcz z mielońca). Dobrze, że pojawiła się wersja w małych puszkach, bo po zjedzeniu ogromnej konserwy zawsze kwalifikuję się do płukania żołądka. Mgr Scout kiedyś przywiózł do mnie taką jedną, ale nie daliśmy rady zjeść i połowę oddaliśmy psu. 

Szynka, która ma wyglądać naturalnie i swojsko a jest plastikowym wyrobem szynkopodobnym, który marketingowo ujeżdża sentymenty za peerelem (jak Paprykarz). Szkoda. Ale na pomoc dla powodzian nadaje się jak najbardziej.

Konserwa Turystyczna

Wyrób generyczny. Produkowana przez wszystkich i wszędzie, jak Kałasznikow. Podobnie jak Kałasznikow - jest nie do zajebania. Choć ludzkość wymyśliła kilka innych, fajniejszych konstrukcji, prawdopodobnie jeszcze przez kilkadziesiąt lat będziemy jej używać, bo ten syf nie psuje się nigdy. W Lidlu kupiłem kiedyś Turystyczną z czasem połowicznego rozpadu do października 2027.

Otwieraniu Konserwy Turystycznej towarzyszą emocje podobne do rozpakowywania jajka z niespodzianką - nigdy nie wiesz, co znajdziesz w środku. Bezkształtną masę plazmy z sierścią? Brązowy pasztet z małpy? Oko w galarecie? Stek z polędwicy Kobe?


Gulasz Angielski

Mutacja "Luncheon Meat" z elementami "Przysmaku Śniadaniowego". Mocna pozycja w surwiwalowej spiżarni, bo człowiek 10 razy się zastanowi zanim to otworzy. Zwykle w środku jest dużo kawałków czegoś, co przypomina mięso. Dobra rzecz do potraw jednogarnkowych, ale na kanapkach potrafi się rozpadać jak Uran-235. Jest galaretka, jest i tłuszczyk, choć zawartość potrafi być czasem nieprzewidywalna jak w "Turystycznej". Generalnie - zjadliwe i ok, ale nie podniecałbym się za bardzo. 

Paulina, moja kumpela ze szkoły, która jeździ po różnych dziwnych miejscach na świecie, jest jedyną znaną mi osobą, która ma do Gulaszu Angielskiego jakikolwiek sentyment. Zawsze zabiera go ze sobą i pstryka mu foty na Mount Evereście, w dżungli itp.

Gulaszowi Angielskiemu! Paulina, muszę to publicznie powiedzieć: Wszystkie orgazmy udawałem!

Pasztet Podlaski 


Nutella klasy pracującej.

Zastanawialiście się kiedyś co ci wszyscy zmęczeni ludzie robią o 4.30 rano na ulicy? Kiedy nie wiadomo czy zaczynają dzień, czy wręcz przeciwnie - kończą? Zdradzę Wam tajemnicę: oni idą kupić Pasztet Podlaski a potem myk do fabryki. Pracowałem kiedyś przy wyburzeniach jako Junior Demolition Manager i wszyscy moi współpracownicy, ci bohaterowie pracy kapitalistycznej, prezesi jednoosobowych przedsiębiorstw, tytani fizolskiego zapierdalania 24/7 odżywiali się tylko i wyłącznie jednym daniem. To oni wprowadzili mnie w tajemny świat zjadaczy Pasztetu Podlaskiego.

Ustawiasz się w kolejce pod spożywczakiem o 4.00 rano, bo o 5 już dawno jesteś w pracy. Zapierdalasz na 3 etaty i masz pomiędzy nimi 5 minut przerwy. Taki łatwo rozsmarowywalny, lepkostrawny i ledwostrawny pasztet z bułą to naturalna podstawa Twojego wyżywienia.

Tajemnica sukcesu i smaku? Podlaski nie zawiera ani grama mięsa (MOM, wątroba drobiowa, białko sojowe, ekstrakt drożdżowy i inne syfy w składzie to dla mnie nie jest mięso). Możesz więc bezpiecznie założyć, że w środku nie ma zmielonego psa, szczura ani nutrii. Kurczę, ten tyfus jest po prostu całkiem smaczny, choć z prawdziwym pasztetem ma baaardzo niewiele wspólnego. Ale jest tani jak barszcz gen. Sosabowskiego i da się w miarę bezproblemowo przełknąć.

Uwaga na podróbki! W przyrodzie występują też mutacje: pasztet mazowiecki, mazurski czy wielkopolski, ale to tylko nędzne imitacje Króla Konserw.

W zestawie typu surwiwal warto zawsze mieć wersję mini w miękkim pudełku ze zrywanym wieczkiem.


Skumbrie w Tomacie


Z konserwami rybnymi jest jak z pewnym mitycznym stworem - Przednim Wałkiem Odbioru Mocy w Ursusie C-330. Albo kochasz ten genialny pomysł miłością bezwarunkową i jesteś gotów oddać każdą minutę życia za możliwość obcowania z transcendentnym absolutem, albo sam fakt istnienia czy nieistnienia czegoś takiego jest dla ciebie nieistotny i masz to koncertowo w dupie.
Tanie konserwy rybne są dobre, bo są dobre i tanie. Kaloryczność i czas połowicznego rozpadu na przyzwoitym poziomie. Zawierają kwasy Omega-3, Pi i Sigma, Przybysze z Matplanety. W środku pływają małe kościotrupy z oczami. To bardzo przydatna rzecz w surwiwalowej kuchni. Intensywny smak i paraliżujący zapach pomagają zabić paskudny smak pośledniejszych gatunków bimbru lub wzbogacić bezpłciowe pesto z pokrzywy o nuty zapachowe nieistniejące w przyrodzie: aromat przemysłowej ubojni nutrii i fabryki kapsli, z wyraźnym akcentem zatkanej studzienki burzowej, połączony z konsystencją emulsji do konserwacji nagrobków Hades 2000.
Plusy? Niska cena. U producenta można kupić cały wór różnorakich konserw rybnych, kilkadziesiąt sztuk, za cenę nieprzekraczającą kosztu półkilowego kawałka polędwicy wołowej. Polędwicę zeżresz w 5 minut, a konserwy będą cię straszyć w spiżarni jeszcze przez długie lata,
Taki kryzysowy zapas rybnych konserw to świetna sprawa, jeśli nie ma w domu nic innego a akurat wpadną z wizyta dawno niewidziani goście, za którymi niespecjalnie przepadasz, ale wypadałoby podać coś do żarcia. Chcieliście Polski, no to ją macie. Skumbrie w Tomacie. Pstrąg.
Stosować w charakterze awaryjnej zagrychy. Podawać na Sucharach Bieszczadzkich. Przed użyciem skonsultuj się z grabarzem lub nekromantą

Krakus. Wieprzowina w sosie własnym.


Metalowe Ciastko Ze Świni. Jedna z niewielu konserw na rynku, w której wiemy, z jakim kawałkiem zwierzęcia mamy do czynienia w chwilę po zerwaniu zawleczki. We wnętrzu ukrywa się duży, soczysty kawał łopatki wieprzowej, ani za suchy ani za wilgotny - taki w sam raz. Widać włókna i strukturę chabaniny, możemy więc bezpiecznie założyć, iż nie jest to oszukańczo zmielona buda z mechanicznie oddzielonym psem i białkiem sojowym. Całość okolona skromnym wianuszkiem galaretki z niewielkimi grudkami tłuszczu pachnie i wygląda zjadliwie.

Po prostu gotowana wieprzowina, na tyle smaczna, że nie trzeba jej doprawiać. Szacunek.

Konserwem tym Krakus rehabilituje się w moich oczach za wpadkę z kultową Szynką Premium/Polish Ham, którą zjebali koncertowo. Jeśli Szynka Premium miała być ich okrętem flagowym to Wieprzowina w Sosie Własnym jest lotniskowcem atomowym. Co ja mówię - grupą uderzeniową lotniskowca, wraz z krążownikami rakietowymi, niszczycielami, fregatami, statkami zaopatrzeniowymi i okrętami podwodnymi. W pełni samowystarczalna, praktycznie niezniszczalna, najpotężniejsza formacja wojskowa świata - 94 procent mięsa, cebula, pieprz, majeranek.  

Kaloryczność: 191kcal/100g

Zajebistość: 9/10

Pamapol. Wołowina w sosie własnym


Czy można spieprzyć coś równie wspaniałego jak wielki, soczysty kawałek wołowiny? Pamapol, który w moim mniemaniu robi jedne z lepszych konserw w Polsce, pokazuje, że jednak można spieprzyć. Nie jest to jednak prosta sprawa. Najpierw należy mięso wygotować tak, żeby strukturą przypominało rozjechaną na autostradzie żabę i wyprażyć tę żabę w lipcowym skwarze tak, żeby zintegrowała się z asfaltem do którego jest przyklejona. Potem bierzemy sękatego kija i napierdalamy nim w żabę, aż zmieni się w bezkształtną masę upstrzoną fragmentami masy bitumicznej.

Ludzie! Co wam to biedne zwierzę zrobiło? W imię jakiej chorej idei żeście to uczynili? A inwencja twórcza grafika, który proponuje podać taką żabę w towarzystwie czarnych oliwek, korniszonów i rukoli to jakiś ponury żart. Bodajbyś zdechł.

Tej konserwy nie polecam próbować na zimno i na trzeźwo - jest paskudna. Uratować ją jedynie może lekkie podsmażenie lub upieczenie i spożytkowanie w charakterze dodatku do gulaszu, risotto, spaghetti lub zupy. 

Kill it. Kill it with fire, chillis and garlic.


Szkoda, bo byłem na nią napalony.

Graal. Kawałki tuńczyka w sosie własnym


Wujek Mnietek. Na każdym weselu, zawsze, ale to zawsze pojawia się Wujek Mnietek, który jeszcze przed północą zasypia najebany do nieprzytomności z twarzą w półmisku sałatki rybnej. Mam teorię, że firmy cateringowe zajmujące się organizacją tego typu imprez trzymają gdzieś w przepastnych podziemiach pod Radomiem cała armię takich sklonowanych Wujków Mnietków i wysyłają ich na każde chrzciny, komunię, stypę i każde wesele.

Tradycyjną Sałatkę Wujka Mietka w warunkach polowych możemy błyskawicznie zrobić mieszając ze sobą puszkę tuńczyka z puszką kukurydzy w proporcjach jeden na jeden. Przepis szybki, prosty i łatwy jak sistra Mariana i równie smaczny. Nie trzeba niczego dodawać, w ostateczności można popieprzyć.

Ważne aby tuńczyk był w kawałkach a nie rozdrobniony. I w sosie własnym a nie w oleju.

Jeśli na naszym teatrze działań nie ma kukurydzy, można zeżreć samego tuńczyka. w przeciwieństwie do większości puszkowanych ryb nie śmierdzi jak basen portowy w Kołobrzegu i nie kłuje w podniebienie tysiącem małych ości.

Polecam.






PS: Tak, wiem, że nie ma nie ma Biwakowej, Chopped Porka, Szprotek w Oleju itp. Stay tuned. Kolejna część wkrótce. 

30 komentarzy:

  1. Ze Szczecińskim też tak miałem jak osobnicy z dziennika pokładowego. Tydzień wpierdalaliśmy, później przez 10 lat nie mogłem nawet zapachu znieść.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano właśnie. Nie zrozumie, kto nie przeżył :)

      Usuń
  2. Nie rozumiem całego problemu z Paprykarzem... Nie jestem nawet ze Szczecina o ich drużynie nie mówiąc, a lat mam 17 więc 68 to dla mnie zamierzchła przeszłość. Paprykarz LUBIĘ. Nie twierdzę, że jest wspaniały, ale jakoś z moich doświadczeń codziennego jedzenia chleba z pasztetem, Paprykarz był nawet miłą odmianą... Kiedyś nawet zjadłem z 9 pod rząd (jakoś dziwnym trafem zostały, bo nikt nie chciał jeść) Może jestem świrem, ale mi smakuje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, jesteś świrem.

      Usuń
    2. Mi tam też smakuje :D

      Usuń
    3. paprykarz na zawsze w sercu mym

      Usuń
    4. żonę poderwałem na paprykarz szczeciński.

      Usuń
  3. kupił najtańszy paprykarz czy turystyczną i się wypowiada . To jak by kupić vifona i twierdzić że orientalna kuchnia jest do dupy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Protestuję! W życiu nie kupiłbym paprykarza! Nawet najtańszego.

      A ten ze zdjęcia po prostu ukradłem.

      Usuń
    2. vifon to jedna z lepszych zupek :)

      Usuń
  4. A Mielonka Tyrolska kaj?

    OdpowiedzUsuń
  5. Taaa, z Paprykarzem jest jak z niektórymi książkami z dzieciństwa. Wspominasz jako zajebiste a jak spróbować po latach to masakra ;) Czekam na Tyrolską z niecierpliwością!

    OdpowiedzUsuń
  6. Pamiętam próby ratowania paprykarza. Dorzucało się doń cięte ogóreczki, cebulkę, jakieś inne warzywopodobne wynalazki. Do tego pachnący chlebek i masełko bez ściemy. Są dwie szkoły - jedna mówi o kładzeniu szczecińskiego na tzw. suchy chleb, inna każe kromala obłaskawić uprzednio tłuszczem. Tak czy siak, z dopalaczami czy bez, no ciężko było...

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie mam żadnego problemu z paprykarzem - tym bardziej jeśli cena powyżej 3 zł za średnią puszkę. Nawet sobie kupiłem na jutrzejszy wypad okrągłe 990g. Podobnie z pasztetem z puszki, o ile nie widzę sierści na wierzchu. Choć zastanawiam się, z czego ten mój pasztet (też na jutro), skoro nie ma tam mięsa, a jest np. bambus...

    Co innego mielonki. Smakują jak tygodniowe zwłoki, kijem nie tykam :(

    OdpowiedzUsuń
  8. Paprykarz zawsze na propsie! ;] Nie wyobrażam sobie obozu czy internatu bez szczecińskiego ;D Całą puchę opitolić na raz to nie problem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tym sposobem masz cały pokój albo namiot dla siebie... Wiesz, że Konwencja Haska zabrania stosowania broni chemicznej i biologicznej...? ;)

      Usuń
    2. Niee, razem jemy ;D Czy z nami jest coś nie tak? -.^

      Usuń
  9. W 1994 roku na dołach MRU przez tydzień katowaliśmy się paprykarzem. Od tego czasu nie tykam tego szatana nawet kilometrowym patykiem !

    OdpowiedzUsuń
  10. Narzekać na szynkę ze składem 83% padliny to trzeba mieć tupet, za to rozpływać się w pasztecie... pojęcie z dupy widza.

    OdpowiedzUsuń
  11. No nareszcie! Pasztecik - TAK! I choć faktycznie z mięsem ma niewiele wspólnego, to dzięki smakowi i odpowiednio "szpachlowej" konsystencji pozwala przeżuć nawet prastary chleb. Jem, choć trochę obawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Paprykarz jest słabą zagrychą. Bo zatyka sitka w wannie tudzież umywalce. Co dowiedziono.

    OdpowiedzUsuń
  13. Paprykarz Szczeciński obecnie zawiera kapuste, glutaminian sodu do smaku, resztki z ryb po odfiletowaniu, ekstrat z papryki mielonej, ekstrat z pomidorów, sól do smaku, wodę. Nie pamiętam zawartości składu .

    OdpowiedzUsuń
  14. Z taką prezentacją naszych rodzimych konserw, śmiało możesz prowadzić prelekcje na temat zdrowego żywienia.Jestem pewna ,że niejeden da się przekonać do odstawienia tego badziewia ,ba! nawet zrobi to bez namawiania !

    OdpowiedzUsuń
  15. Jakaś tam Tyrolska czy Gulasz "Angielski" czasem jeszcze się zjadliwy trafi, i czy to nie od Krakusa? Nie, z Biedronki :) Wyprodukowano dla czy przez Martino coś tam Polska? Najsmaczniejsze w przecenie o 20%, bo inaczej szkoda na to kasy. 300 gram mielonki jakiegoś nieokreślonego bliżej mięsa za niecałe 3 zł to całkiem dobry i napychający interes. Po wciskaniu w siebie tego przez pół dnia nie masz ochoty na to przez następny miesiąc.
    Fakt faktem, smaku dawnych konserw dzisiaj brak. Mój ojciec zawsze z sentymentem wspominał smak wojskowej słoniny z puszek. Interpretowałem to na zasadzie kontrastu: wojsko to takie bagno, że nawet słonina smakuje. Ale dziś wiem, że konserwa konserwie nierówna (najbardziej w sensie linii czasu).

    OdpowiedzUsuń
  16. I jeszcze coś jako przykładu kontrastu i nierówności konserw. Corned Beaf za śmieszne parę funów kupowane 15 lat temu do styropianego chleba tostowego w GB. Coś jak nasz dzisiejszy pasztet. Puszka tej konserwy miała kilka kilogramów wagi. Smakowało cholerstwo, zwłaszcza przed codziennym wyjazdem o 5 rano do pracy na pola jakiegoś angielskiego farmera w Kornwalii, który tłumaczył mi, że niedaleko było lotnisko, z którego startowały Dam Busters.

    OdpowiedzUsuń
  17. Zabawne.. po części prawdziwe.. ale moim zdaniem Krakus (w jakiejkolwiek formie to Gówno.. (tak, przez duże G) 90-94% mięsa i co z tego jak po zjedzeniu od konserwantu odbija się cały dzień, że nawet po wypiciu galonu bimbru, wyrzyganiu, wypiciu kolejnego galonu, nadal się pierdolony odbija. Nie ma nic gorszego jak dymasz 20-30 km przez las podziwiasz nature a jebany obcy chce ci wyjść przez przełyk albo dupe.

    OdpowiedzUsuń
  18. mięsno-tłuszczowa z biedry i napierdalasz caly dzien rąbiąc cały dzień drewno niekoniecznie siekiera i niekoniecznie fiskarsa lekkostrawnie kalorycznie.

    OdpowiedzUsuń