Przepaliła mi się jakiś czas temu żarówka w piekarniku. A może nigdy jej nie było? Nie pamiętam, w każdym razie do awaryjnego monitoringu wnętrza kuchenki używam latarki. A nawet dwóch latarek, bo jedną mam zawsze przy sobie, a druga stoi na parapecie. I tak się składa, że obydwie są korbkę.
To strasznie stary i zacny patent. Pamiętacie te radzieckie, pancerne latarki z dynamem w rękojeści? Mam gdzieś nawet książkę o bohaterskim pionierze Miszy, który maszeruje przez oblężony Leningrad i świeci sobie taką żałosną latarką. Świetna rzecz, zwłaszcza gdy w mieście obowiązuje zaciemnienie - nikt Miszy nie mógł oskarżyć o sabotaż. Bo te latarki służyły raczej do rozwijania muskulatury w łapach u małoletnich, niż do świecenia.
