niedziela, 6 listopada 2016

Kraina Króla Kalosza

Meteorolodzy to straszne prosiaki i chuje. Zawsze, ale to zawsze się mylą, zmyślają i kombinują. Ale co do jednego są zgodni - pory roku w Polsce to zasadniczo rzecz biorąc dwa typy pogody - piździernik i lipcopad.

Zawsze w taką pogodę przypominam sobie, że gdzieś w słonecznej Hiszpanii, nad piaszczystym brzegiem oceanu siedzi sobie jakiś Jorge, sączy drinka z palemką, patrzy na swoją dorodną senioritę w skąpym bikini i się kurewsko nudzi. Ile kurwa tak można, mierde, puta madre?

Biedny Jorge marzy o tym, żeby założyć gumiaki, ciepły sweter, sztormiak, wrzucić do chlebaka termos z herbatą pół-na-pół z prądem i ruszyć przed siebie w szaro-burą krainę z mokrym psem.

Śnią mu się błota, grądy, bagna, torfowiska i jesienna słota. Mazowieckie bezdroża, deszcz w Cisnej i korek na obwodnicy Wyszkowa. Eh, tak pierdolnąć w cholerę Costa Del Sol i wyjechać do Grudziądza! - marzy sobie nieszczęsny Jorge.



Jorge wie bowiem, ze kaloszowo-dżdżysta forma obcowania z przyrodą potrafi być równie, jeśli nie bardziej przyjemna niż ciepłe majowe popołudnie.



Bądź jak Jorge. Noś gumiaki.

Ja wiem, że kalosze (podobnie jak kalesony) w niektórych kręgach, zwłaszcza w tych zbliżonych do przedszkola, są uważane za obciach i symbol bezguścia. Chuja tam! Znaczy się: otóż nic bardziej mylnego.

Obów górski i trekkingowy, wojskowe trepy, tak powszechne w szeroko pojętym surwiwalu-puszczaństwie-buszkrafcie są ok, ale służą do bardzo konkretnych zastosowań. Nie twierdzę, że są złe. Atakować Mount Everest czy wpadywać terrorystom przez okno z helikoptera należy w obuwiu do tego przeznaczonym. Ale do zastosowań włóczykijsko-traperskich, jeśli zamierzasz się włóczyć po mokrej okolicy, czy obcować z obejściem upstrzonym gnojem i błockiem - ludzkość nie wymyśliła nic lepszego niż kalosz.

Nie dziwotą jest więc, że ludzie zawodowo związani z szeroko pojętym łonem i gospodarka zbieracko-łowiecką: leśnicy, rolnicy, rybacy, wędkarze, myśliwi, grzybiarze, chodzą w gumiakach.

Tak, wiem, ze kalosz nie oddycha. No i co z tego? Zapchana membrana albo zaimpregnowana na amen skóra tez nie oddychają. Dwie, trzy pary wełnianych skarpet wystarczą, żeby oswoić wilgoć, a wodoodporność kalosza jest nieporównywalna z niczym innym.

Kalosz nie przemięka, choćby skały srały, a mokra trawa sięgała do pasa. A po wyprawie, żeby go odbłocić, wystarczy wsadzić nogę do strumienia albo potoknąć pod kranem.



Dlatego po wielu latach katowania niezliczonych par trekkingowych AKU i Salomonów doszedłem do wniosku, że jesienią i wiosną najwygodniej i najlepiej butuje/bytuje mi się w gumiakach.




Oto top 3 w mojej kaloszowej szatni:







1. Kalosze Szwedzkiej Armii.

Kontraktowe Trzy Korony, produkowane dla szwedzkiej armii przez Kanadyjczyków (Acton Inc) lub Finów (Nokia Footwear). Ja trafiłem na wersję kanadyjską. Pancerna konstrukcja, wzmocnione noski, podbicie i napiętek. Tłuste i grube jak boczek podeszwy z bardzo głębokim bieżnikiem. Sznurowana cholewa daje +10 do stylówy.

Używałem 7-8 lat, zanim udało mi się zakatować pierwsza parę. To niezły wynik,biorąc pod uwagę, że Salomony GTX starczaja mi na 1,5 sezonu a AKU na 2 sezony.

W zestawie dostałem dwa komplety ocieplaczy. Pochłaniają wilgoć jak wściekłe i dość szybko się przecierają, dlatego lepiej jest założyć jeszcze dwie warstwy wełnianych skarpet, jeśli lubimy mieć suche nogi. 

Dobrze jest wybrać buty o 1-2 numery większe, niż by wypadało. Wlezie więcej skarpet i łatwiej będzie w kalosza wskakiwać i z niego wyskakiwać.

Dla  mnie absolutny numer jeden - Kalosz doskonały.







2. Aigle

Kalosze tzw. kościołowe, do garnituru i do trumny. Lekkie, półoddychające, Szyk, elegancja, stylówa i szał na salonach. Ściąganie ich to długotrwała tortura, ale dopóki masz je na nogach - chwalisz twórców tego obuwia pod niebiosa. Dopasowane jak prezerwatywa, nic a nic nie obcierają, nie ma też obaw, że wciągnie je nam jakieś bagno. A w niskich
górach robię w nich 30 km, bez rozwalania stopy w pędzel, bez grzybni i syfu wpadającego w cholewę.

Popularyzatorem tego buta był pierwszy książę Wellington, który kazał swoim szewcom zmodyfikować buty z Hesji. Powstały buciory z miękkiej cielęcej skóry, o opływowym kształcie i niskim obcasie. Były idealne na pole walki i jazdy konnej. No, i nie przynosiły  wstydu na salonach. Szybko znalazły naśladowców i stały się niesamowicie popularne w latach 40 XIX wieku. Książę nie spodziewał się, że rozpocznie nową modę, a nazwa Wellington, której używa się we wszystkich krajach anglosaskich, przylgnie do nich na zawsze. 

Rewolucja kaloszowa nadeszła w roku 1852, gdy Hiram Hutchinson spotkał Charlesa Goodyeara. Goodyear odkrył sposób na wulkanizację kauczuku. Hutchinson kupił od niego patent do wytwarzania gumowego obuwia, przeniósł się do Francji i założył firmę „A l'Aigle” w 1853 (dziś nazywa się ona po prostu ”Aigle” ). W kraju gdzie 95% populacji pracowała na roli w drewniakach, wprowadzenie gumowych butów opartych na kroju Wellingtonów było niesamowitym sukcesem. Buty nie były drogie, a rolnicy w końcu mogli wrócić do domu z suchymi i czystymi stopami. Firma założona przez Hutchinsona działa do dziś, poszerzyła swoja ofertę o płaszcze przeciwdeszczowe, buty sportowe i akcesoria jeździeckie.

To taki kaloszowy Mercedes. 


3. Hunter

Kalosze mojej Pierwszej Żony i ikona kultury masowej. Produkowane dla brytyjskiej rodziny królewskiej, spopularyzowane przez Kate Moss i innych ludzi znanych z tego, że są znani. 

Skąd się wzięły Huntery? Podczas I Wojny Światowej firma North British Rubber Company otrzymała wówczas rządowe zamówienie na buty, które wytrzymałyby długotrwałe siedzenie w okopach. Wyprodukowano wówczas prawie 1,2 mln kaloszy. Podczas II wojny również wytwarzała je masowo. 

W okresie międzywojennym w kaloszach chodzili już nie tylko żołnierze, rolnicy i leśnicy, lecz także mieszczuchy, które zakładały je w paskudne dni.

Firma wyprodukowała najsłynniejsze kalosze w 1955 r.  -  model Green Hunter. Ich oryginalność polegała na tym, że w odróżnieniu od dotychczas produkowanych czarnych były zielone. Brytyjczycy początkowo potraktowali je nieufnie, ale spodobały się wiejskiej arystokracji. Do dziś żargonowo na mieszkających na wsi ludzi z wyższej sfery mówi się "Green Welly Brigade" Z czasem model Green Hunter tak się przyjął, że kalosze w Anglii zaczęto po prostu nazywać hunterami. Specjalny model - Royal Hunter Wellington - firma stworzyła dla rodziny królewskiej. Pod wpływem sukcesu zielonych kaloszy w 2006 r. firma zmieniła nazwę na Hunter Boot Ltd.

Hunter to najzwyklejszy w świecie, normalny kalosz, ale dzięki jego popularności można przekonać ukochaną kobietę, że jesienny spacer po błocie i gnojowicy to świetny sposób na spędzanie wolnego czasu.

Bo królowa brytyjska, no wiesz kochanie, chuj tam, że mokro, idziemy.


A następny odcinek będzie o gumofilcach, bo to, jak mawiał Rudyard Kipling - zupełnie inna historia.








2 komentarze:

  1. Jak ja lubie czytać tego bloga :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Szwedzkie kalojdy niestety obecnie nie do dostania :( Żałuję że nie kupiłem swego czasu jak był wysyp.

    OdpowiedzUsuń