Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pemmican. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pemmican. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 stycznia 2010

Jerky i Pemmikan

Nasi przodkowie mięso jadali tylko od wielkiego dzwonu. Czasem trafiły im się resztki mamuta ze stołu szablozębnych albo lekko poszarpany piżmoszczur. Przez resztę sezonu, czyli jakieś 350 dni w roku (pamiętajmy, że soboty i niedziele nie były wtedy dniami wolnymi od pracy) musiał zadowolić się nadgniłym korzonkiem albo korą wykradzioną gapowatej kapibarze.

Wraz z rozwojem narzędzi, gdzieś tak pomiędzy przejściem ze zwykłych kamieni i patyków na zaostrzone kamienie i patyki, jadłospis stawał się coraz bogatszy w białko zwierzęce.

I tu pojawił się problem. Fajnie jest upolować mastodonta albo anakondę wielkości rakiety balistycznej dalekiego zasięgu, ale taka kupa mięsa ma jedną nieprzyjemną właściwość. Cholernie szybko się psuje, a zaśmiardnięte mięso, nie dość, że niedobre, to w dodatku niebezpieczne. Usiadł więc człowiek i zaczął myśleć (stąd nazwa specjalizacji w grupie: "myśliwy"). Z braku lodówko-zamrażarek, konserwantów, benzoesanu i gultaminianu sodu, E-trzystacośtam,  możliwości próżniowego pakowania i cud-maszyn z Telezakupów na Polsacie  musiał wykombinować jak spreparować mięso przy pomocy dostępnych mu technologii i narzędzi.

I w taki sposób wymyślono konserwację mięsa. Na wyłączny użytek tej próżniaczej klasy posiadaczy nadwyżek żywności.