Wraz z rozwojem narzędzi, gdzieś tak pomiędzy przejściem ze zwykłych kamieni i patyków na zaostrzone kamienie i patyki, jadłospis stawał się coraz bogatszy w białko zwierzęce.
I tu pojawił się problem. Fajnie jest upolować mastodonta albo anakondę wielkości rakiety balistycznej dalekiego zasięgu, ale taka kupa mięsa ma jedną nieprzyjemną właściwość. Cholernie szybko się psuje, a zaśmiardnięte mięso, nie dość, że niedobre, to w dodatku niebezpieczne. Usiadł więc człowiek i zaczął myśleć (stąd nazwa specjalizacji w grupie: "myśliwy"). Z braku lodówko-zamrażarek, konserwantów, benzoesanu i gultaminianu sodu, E-trzystacośtam, możliwości próżniowego pakowania i cud-maszyn z Telezakupów na Polsacie musiał wykombinować jak spreparować mięso przy pomocy dostępnych mu technologii i narzędzi.
I w taki sposób wymyślono konserwację mięsa. Na wyłączny użytek tej próżniaczej klasy posiadaczy nadwyżek żywności.
