Mam pierdolca na punkcie oliwy i oliwek.
Basen Morza Śródziemnego, kolebka cywilizacji jaką znamy i granica pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem, wygrał z resztą świata wyścig o zajebistość dzięki jednej świętej roślince - drzewku oliwnemu. Kilka sztuk, uprawianych przez pokolenia, daje ludziom całe mnóstwo pysznego żarcia. W sumie nic więcej do szczęścia nie potrzeba. Łatwo więc tambylcom przychodziło (w czasie wolnym od zdobywania pożywienia) finansowanie sprośnych artystów, dokarmianie filozofów, wymyślanie kolejnej religii monoteistycznej, budowanie imperiów i narzucanie swojej woli podbitym narodom.
W Grecji wkurwiają mnie przydomowe kilkusetletnie, sękate i pokręcone oliwki z powbijanymi gwoźdźmi, oliwki zawalone dyktą i zardzewiałymi rowerami. A w takiej jednej strategicznej dolince pomiędzy Jerozolimą a Betlejem przepyszne oliwki niczyje rosną jak rosły od zawsze, w dupie mając swoje położenie geopolityczne. I nikomu do głowy nie przyjdzie ich wyciąć. Wyciąć oliwkę? No weź przestań.
Barbarzyńcy zamieszkujący północ mogą sobie tylko pomarzyć. I rzeczywiście - lubię sobie czasem wizualizować własną szklarnio-cieplarnio-pomarańczarnię, w której uprawiałbym tylko oliwki. Całą masę oliwek. Dysponując odpowiednim budżetem, mógłbym sprowadzić sobie z Korfu wielgaśne donice z dorosłymi drzewami, a zimę spędzać we własnym gaju. Niestety, niezależnie od liczby worków z kasą, efekt końcowy nigdy nie będzie tak doskonały jak zaplanowała to Mać Natura.