Po każdym zlocie grupy Knives.pl uzależnienie od noży wraca do mnie z zwielokrotnioną mocą. Wiecie, hamowanie wychwytu zwrotnego dopaminy, te sprawy. Żeby powstrzymać się od zakupu kolejnych, Natychmiast-Potrzebnych-Ostrzy i nie zbankrutować ze szczętem, wyciągam z szuflad wszystkie niedokończone projekty nożownicze z przeszłości. W zeszłym tygodniu znalazłem Seňor Reŝor - 11 calowego bydlaka w stylu Hudson Bay Company. Mam też trzy zapomniane blanki z S30V oraz Kukri z Carbon V, które czekają na swojego oprawcę (odkupione ze złomu zalegającego w fabryce po upadku Camillusa w 2007).
Ten zestaw niedokończonych nożydeł uświadomił mi dwie rzeczy. Po pierwsze primo: Jak przez lata zmieniało mi się zapotrzebowanie i widzimisię na wielkość noża terenowego (od "im większy tym lepiej" do "nie liczy się długość, tylko technika"). Po drugie primo: Jak popieprzone jest drzewo genealogiczne (lub ginekologiczne, jak lubi mówić moja Matka) Potentatów Nożowych z Nowego Świata. Tasiemcowe seriale wenezuelskie i kolejne małżeństwa Ridża z "Mody na Sukces" to przy nich mały Pan Pikuś. Nie śledzę tej branżowej rąbanki zbyt namiętnie, ale czasem zdarzy mi się obejrzeć przez przypadek jeden czy dwa odcinki do obiadu. Poprawcie mnie, jeśli gdzieś się pomylę, ok?
