O co kaman?

poniedziałek, 2 października 2017

Pan Buk

Wicher jesienny, rychłą zimę zwiastujący, wył za oknami i okiennicami trzaskał. Pająki i myszy, przed chłodem uciekając, do domostw ludzkich się na zimę wraz z potomstwem przeniosły. Pokryte czarnymi plamami klony zwiędły. Jesiony, jak to jesiony - zżółkły. A buki... 

A buki zaczęły płonąć.

Na ziemi rzeszowskiej, w Bieszczadach, ciągle jeszcze nie milkły strzały, a życie ludzkie bardzo często zależało od przypadku. W bratobójczej walce ginęli partyzanci wszystkich zwaśnionych stron, żołnierze KBW, milicjanci, funkcjonariusze UBP, członkowie PPR, jak i cisi, zwykli mieszkańcy tej ziemi, a nawet zwykłe panie sklepowe, które nie chciały dać na kredyt. Albo po prostu dać.


Komando Wilcze Pęto zebrało się na krawędzi lasu, tuż nad schodzącą w dół, wprost do kamienistego potoku, stromizną. Gęsta buczyna, zasrywająca podszyt starymi liśćmi sprawiała, że nic poza bukami i partyzantami nie było w stanie tu urosnąć i przetrwać. Gładkie, szaro-bure pnie nie dawały jednak schronienia przed wiatrem. Wicher przewiewał przez kuse palta chłopców i wcale nie trzaskał im okiennicami - tułali bowiem się po tych lasach już bardzo długo, rodzinnych domów na oczy nie widząc od wiosny poprzedniego roku. Niespiesznie żuli świeżo zerwaną młodą korę bukową, która wywołując obfity ślinotok, zabijała uczucie głodu i chęć zapalenia papierosa przed akcją.


Uczone pisma podają, że dorosły buk produkuje dziennie około 7 tysięcy litrów tlenu i jest to ilość wystarczająca dla 50 ludzi. Jak łatwo policzyć, Spartanie w Termopilach potrzebowali jedynie 6 buków, by ich oddziały miały czym oddychać. Machabejscy obrońcy Masady - aż 19 buków. Na zebrany pod lasem oddziałek Wilczego Pęta zupełnie wystarczyłby jeden mały bukowy krzaczek. Właściwie, to gałązka tego krzaczka, jedna z tych mniejszych.

Ich radykalizm nie wyrastał ze strachu, nie był cyniczny. Jeśli groźny, to tylko dla nich samych. Budowała ich próżnia doświadczeń i naiwny romantyzm. Koniec końców ktoś musi stać na barykadach świata, a że zwykle pada na wrażliwych, nazbyt oczytanych chłopców, nie mieli specjalnego wyboru.

"Żyli prawem kiełbadrona, pozostał po nich jeno na mchu rdzawy musztardy ślad" wyrezał scyzorykiem na młodej korze najbliższego drzewa  najmniejszy z partyzantów.

-  Głupiś - powiedział ten z wąsem. 

- Ale kiełbadrona to kapitan zjadł, co? - odburknął zaczepnie i zupełnie nieregulaminowo właściciel scyzoryka.

- Głupiś młokosie, powtórzę! - powiedział nieco głośniej Kapitan Źdźbło, wąsaty, postawny mężczyzna w marynarskim golfie i poplamionym sztormiaku. - Rany na bukowej korze, jak rany na duszy i rany na sumieniu, nie goją się nigdy! Napis ten nie tylko potomnym zostawiasz, lecz i brygadzie pościgowej, która tropem naszym wnet ruszy! -  zadudnił basem z trzewi wielkiego brzucha.


- Ojtam, ojtam - młodzieniec lekceważąco zbył Kapitana Źdźbło. - A wiecie kapitanie, że zanim wynaleziono papier, to cały cywilizowany świat, jak i barbarzyńcy  na drewnianych deszczułkach i na korze pisali? W ogniu walki nie powinniśmy zapominać o podstawach na jakich legła cywilizacja jaką znamy. Nam nie wolno o tym zapominać. Bo jak nie my będziemy pamiętać, to kto?

W świecie rzymskim zapiski prowadzono na łyku lipowym, czyli "liber". Słowianie używali kory brzozowej i lipowych wiórów - stąd słowiańska "księga, kniga, książka" i pochodne formy wywodzące się od starosłowiańskiego "kien" o znaczeniu "kłoda, kloc, pień drzewa, z którego robi się deski w kniei".  

Ale germańska książka, czyli książka niemiecka, angielska i niderlandzka wzięła swą swą nazwę od pragermańskiego "k" buka właśnie!  Das Buch, the Book, het Boek. Tak, kiedyś słowo "Buchenwald" kojarzyło się normalnym ludziom z obrazem Gustawa Klimta, a nie z niemieckim obozem śmierci.

A rosyjskie "bukwy" czyli litery, to niby skąd się wzięły?

Buk to książkowa potęga! Nawet Adam Mickiewicz wymienił buki, opisując puszczę w "Panu Tadeuszu", co zresztą Słowacki natychmiast wyłapał i nazwał Mickiewicza "jebanym nieukiem i kłamczuszkiem", gdyż na Litwie buk nie występuje w naturze. Miał Słowacki rację, albowiem buk to gatunek klimatu atlantyckiego. Teofrast z Eresos, zwany ojcem botaniki, w swych" Badaniach nad roślinami" pisał, że w kraju Latynów rosną tak wielkie buki, że "jeden pień starczy na kil tyrreńskiego okrętu". I to własnie w Polsce przebiega wschodnia granica zasięgu buka, czyli granica klimatu atlantyckiego i kontynentalnego. Znaleźć go można u nas głównie w zachodniej i południowej części kraju, nie ma go na Podlasiu, Suwalszczyźnie i na Mazowszu. A u nas, w Bieszczadach - buk to prawdziwy symbol Bieszczadu, a nie wilk jakiś, za przeproszeniem panów wilków.

- Chuja tam wiecie, kapralu - powiedział nagle milczący, dotąd wysoki i chudy kucharz kompanijny.

- Dawno temu, jeszcze przed wojną sadziliśmy u nas na Rejonie piękne drzewa lasotwórcze, długoletnie i rodzime. Wkręciłem się potwornie w buki, których u nas nie ma  - i zamarzył mi się bukowy gaj mazowiecki. Udało się skrzyknąć krewnych, znajomych, kółka gospodyń wiejskich, lokalnych społeczników i celebrytów a potem posadzić te buki na prywatnych działkach tubylczej ludności. Potem poszliśmy w guerilla gardening i cichaczem sadziliśmy buki w miejscach publicznych metodą partyzancką. Zasadziłem nawet jednego Atropunicea, ale starałem się sadzić jak najwięcej różnych, różnistych, pospolitych i niepospolitych. To była dobra, nikomu niepotrzebna robota. O szacunku na dzielni, sławie mołojeckiej i niekłamanym podziwie w oczach nieskromnych dziewcząt nawet nie wspomnę.

Aż któregoś dnia przeczytałem w lokalnym podziemnym wydawnictwie "Żyjąc wśród leśnych ogrodów" Andrzeja Tyszki, że dokładnie sto lat wcześniej mój prapradziad miał nieopodal podmiejską willę leśną. Willa ta, zwana od imienia prapradziada willą "Stasinek" znajduje się jakieś półtora kilometra w linii prostej od mojego własnego, leśnego miejsca odosobnienia. 

Pradziad wiecie co zrobił? Swoje niezalesione włości obsadził bukami, tak jak ja. I to jakimi bukami! Czerwonymi! Ruszyłem więc tropem dziada i namierzyłem je wszystkie. Pomnikowe, dostojne, zajebiście wielkie buki stuletnie. Nawet w Bieszczadach trudno o takie! 


Zebrałem nawet nieco bukwi czyli bukowych orzeszków, które akurat tego lata obrodziły, by wyhodować z nich małe sadzonki do rozdania bliższej i dalszej rodzinie przy sprzyjającej temu okazji. Ale niestety wpadły jakieś świnie i je zeżarły.

To jednak niesamowite uczucie, gdy dowiadujesz się, że twoja miłość do tego konkretnego drzewa nie wzięła się tak znikąd z dupy, a jest genetycznie uwarunkowana i naukowo udokumentowana. Jest integralną częścią twojej tożsamości. Swoją drogą, prapradziadkowa willa jest dziś na sprzedaż za jedyne 1 milion 300 tysięcy złotych polskich. Żałuję więc trochę, że po przodkach nie odziedziczyłem ni fortuny ni fantastycznych umiejętności zarządzania pieniądzem.

Ehhh - westchnął kucharz głęboko i poprawił opadające na tyłku, połatane gacie.   

Zapadał zmierzch. Komando Wilcze Pęto zebrało się wokół małego, osłoniętego przed niepowołanymi oczyma, ogniska. Kapitan Źdźbło ściszonym głosem czytał im swoje ulubione dzieło: "Zielnik Ekonomiczno-Techniczny ułożony dla gospodarzy i gospodyń" autorstwa Józefa Geralda-Wyżyckiego 

"Do opału drzewo bukowe najlepiej się liczy. Pali się płomieniem jasnym, bez trzasku i pekania, daje też gorąco nader mocne i trwałe. Węgle z drzewa bukowego są twarde, ciężkie, długotrwały i mocny żar wydają. Popiół bukowy bardzo jest dobry do prania bielizny, przydatny w hutach szklanych, warzelniach mydła i na potaż."

Wilcy powoli milkli i kładli się spać , nie wiedząc, że ściga ich ogarów sfora zajadła. 

A ogary? 

Ogary poszły w las.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz