O co kaman?

wtorek, 18 lipca 2017

Ostatni Quest Mariana


"Niech ci się szczęści kwiatku!"
Szekspir, Zimowa Opowieść

"The flesh is weak but the spirit is strong (Mięso jest słabe, ale za to spirytus jest mocny)"
Matthew 26:41

"Mógłbym całe życie spędzić w górach, ale polując, zawsze bym trzymał się tej jednej zasady. Jelenia trzeba powalić jednym strzałem. Gadam to w kółko, ale nikt mnie nie słucha. (...) Ok, teraz jesteś zdany na samego siebie."
Łowca Jeleni



Kim był Marian i czy istniał naprawdę?


Kompetentni i całkiem niegłupi uczeni przedstawiają Mariana jako partyzanta (S.L.F Brandon), maga (S. Morton), plebejskiego charyzmatyka (V. Geza), eschatologicznego proroka (P.E. Siers). W ujęciu Crossana Marian był wędrownym rewolucjonistą społecznym, który dążył do całkowitego odwrócenia skostniałych relacji społeczno-kulturowych. Ale nawet sam Marian miał w chuj wątpliwości co do tego, kim jest i co chce robić.

W poniedziałek rano Siostra Mariana, Mieczysław, Otokar i ja spotkaliśmy się u notariusza, żeby otworzyć i odczytać testament.  To, co nas interesowało to instrukcje jakie Marian pozostawił co do pogrzebania swoich szczątków doczesnych.


Otokar obstawiał kremację w kraterze wulkanu albo akcję z wystrzeleniem z katapulty, Otokar mruczał coś o zakopaniu pod płotem a Siostra Mariana jako to Siostra Mariana - łypała na nas sponad ciemnych okularów. Strasznie musiały jej doskwierać migrena i odwodnienie po wczorajszej, siódmej już z rzędu stypie, na którą wpadła spóźniona, lecz nieutulona w żalu delegacja plemienia Hopi w sile dwustu chłopa.

Kwestia dziedziczenia i podziału ewentualnego spadku nikogo nie interesowała. Marian nie miał oszczędności, lecz długi. Wszystko co miało jakąkolwiek wartość rozdał, zgubił albo zepsuł. Podejrzewaliśmy więc, że zapisał nam to co akurat miał przy sobie: niedopaloną paczkę szlugów albo nic.


- Dnia Mure, dziewiątego Thermidora, 225 roku republiki, w kancelarii notarialnej Apolinarego Żądło w Radomiu zebrali się wymienieni w testamencie Jana Mariana Gnojnego-Żuka nabywcy spadku... - zaczął dukać z kartki pan notariusz Żądło. Albowiem Marian, o czym niewielu wiedziało, używał francuskiego kalendarza republikańskiego. Twierdził zawsze, że tradycyjne solarno-lunarne sposoby liczenia upływającego czasu nierozłącznie powiązane są ze zinstytucjonalizowanymi systemami religijnymi, które to systemy on, znaczy się Marian, uważa za opresyjne i ma je głęboko w dupie.

- Panie Żądło, moglibyśmy to jakoś przyspieszyć?- jęknęła milcząca dotąd Siostra Mariana.

- Jasne! - ucieszył się Żądło. - W wielkim skrócie: Chodzi o rozpuszczenie skremowanych prochów w nieprzegotowanej wodzie z Wisły a potem zjedzenie ich z makaronem z zupki chińskiej. Inaczej Pan Marian obiecuje, że będzie was straszyć po nocach, he, he. A i jeszcze jedno. Pan Marian czyni was wszystkich współwłaścicielami Mrocznego Mściciela i Mrocznego Wrzeciona, artefaktów, które znajdziecie w tajnej skrytce w Małej Wsi Przy Drodze.

- Chryste - zachrypiał Mieczysław i ukrył twarz w dłoniach. - Wiedziałem, że wymysli nam jakiś draństwo i pokręcony quest! Nie zamierzam nawet po.. - i umilkł w połowie słowa, trafiony przez Otokara błyskawicznym ciosem w grdykę. Zachrobotał, zagulgotał i zwalił się na wersalkę. 

- Milcz! Dziękujemy panu, Panie Notariuszu Żądło. Na nas juz czas.- powiedziałem podnosząc się z krzesła. Szybko związaliśmy nieprzytomnego Mieczysława i pośpiesznie kłaniając się opuściliśmy kancelarię. Czekało nas ważne zadanie do wykonania.

***

Mała Wieś przy Drodze leży na lewym brzegu Wisły, prawie dokładnie naprzeciwko Smoszewa. Stary, rozpadający się pałac w stylu eklektycznym i jeszcze starszy Pegieer. Miejsce znane z tego, że nie dzieje się tam zupełnie nic godnego uwagi. Tajna skrytka Mariana była dobrze ukryta, ale wiedzieliśmy gdzie szukać. Niedaleko ujścia rzeczki Starej Mrówki, pomiędzy dwiema, typowo wiślanymi piaszczystymi łachami porośniętymi karłowatymi wierzbami wiła się odnoga starorzecza Królowej Rzek - zapomniany meander. W płytkiej wodzie brodziła znudzona czapla a leniwą ciszę przerywał tylko czasem krzyk orła przedniego krążącego nad nami gdzieś w górze. Nie dochodzili tu nawet najsilniejsi menele. Tutaj, w opuszczonych przed laty żeremiach bobrowych swoją skryjówę miał Marian. Wejście do skrytki, jak łatwo się domyślić, prowadziło przez podwodny bobrzy tunel.

Miejscowa legenda głosiła, że przy budowie bobrzego żeremowiska, tej skomplikowanej budowli będącej arcydziełem sztuki inżynierskiej,  paluchy maczał niejaki Jean-Jacques Gay - genialny architekt modlińskiego Spichlerza na Wyspie Sowiej. Marian, sam obojga imion, wyśmiewał i wyprychiwał te teorie, bo przecież żaden szanujący się architekt nie nazywałby się "Jasiek i Kuba To Pedał".

Znałem Mariana na tyle długo, że mogłem być pewien iż tunel prowadzący do podwodnej pierzary z artefaktami został zaminowany. Droga z pewnością upstrzona jest niezliczonymi śmiertelnymi pułapkami: ostrymi jak brzytwa patykami z kupą, potłuczonymi flaszkami, półtonowymi bloczkami betonu spadającymi na głowę po potrąceniu napiętej jak struna linki hamulcowej i ślepymi tunelami kończącymi się studnią z gwintowanymi gazrurkami przyspawanymi do dna na sztorc. Łatwo stąd było wyjść, ale wejść - praktycznie niemożliwe.

Ten tunel był jak trytytka - działał tylko w jedną stronę. 

- Musimy dostać się od góry - powiedziałem do współspadkobierców. - Otokar, kopnij się do samochodu po taką obdrapaną pomarańczową skrzynkę, leży pod siedzeniem kierowcy.

Z dawnym czasów, w których pracowałem jako Junior Demolition Manager, pozostało mi pół kilo nieewidencjonowanego czechosłowackiego Semtexu. Wysadzaliśmy na ogródkach działkowych fundamenty bardzo głęboko zabetonowanych słupków ogrodzeniowych i pobraliśmy nieco za dużo plastiku z magazynu niż było potrzeba. A materiały wybuchowe to towar ścisłego zarachowania i to co już raz zeszło z ewidencji, ni jak nie mogło wrócić na stan magazynowy, choćby kwatermistrz się wziął i zesrał. Co mieliśmy zrobić z tym zaoszczędzonym Semtexem? Zjeść? Postanowiłem, że przezornie schowam go na wszelki wypadek, słusznie przewidując, że kiedyś się przyda. 

Detonatory pochodziły z zajęć z przysposobienia wojskowego na uniwerku. Pan major puścił po auli paczkę spłonek artyleryjskich, żeby się przyszli podchorążowie zapoznali z niecodziennym widokiem narzędzi przydatnych w saperskim rzemiośle. Nie przewidział tylko, że po okrążeniu sali, na jego biurko trafi na wpół opróżniona paczka w której grzechotało kilka niedopałków, dwa kapsle, ogryzek a na wieczku ktoś narysował kutasa i napisał "Major to chuj". 

Niestety zajęcia z wysadzania żeremi bobrowych mnie chyba ominęły, bo spałem. Trzeba będzie improwizować. Stawka jest wysoka. 





Gdybyśmy mieli czas, można by podejść do sprawy fachowo, pobawić się ogniskowanie fali uderzeniowej czy formowanie strumienia kumulacyjnego. Ale ponieważ materiału mieliśmy aż nadto i nie miałem cierpliwości na dokładne obliczenia, uformowałem z całego zapasu wielką pigułę, którą przyczepiłem do wierzchołka żeremia patykami i błotem, rozdeptałem na płasko i przywaliłem wielkim kamulcem, by większość siły eksplozji skierować w dół.

- Spierdalamy!

Huk był mniejszy niż się spodziewałem. Prawdę mówiąc, byłem trochę zawiedziony - sylwestrowe fajerwerki pod remizą w Grzybowie robią większy hałas. Patyczana budowla uniosła się lekko w górę, stęknęła opadając z trzaskiem pękającej kory i niczym puszka szprotek w sosie własnym otworzyła się z syknięciem oznajmiającym, że uzyskaliśmy dostęp do smakowitej zawartości.

Naszym oczom ukazał się Mroczny Mściciel.

Legendarna, niezniszczalna maszyna, zahartowana w niezliczonych tajnych akcjach, odziedziczona przez Mariana od Wuja Polikarpa Gnojnego-Żuka . 

Nadwozie tego przedziwnego auta zaprojektował dla Polikarpa sam Giovanni Bertone, choć nieco pod przymusem, gdyż miał przystawioną do głowy ostrą jak brzytwa włócznię. Silnik?  Wujek Polikarp kupił go za kanister bimbru od amerykańskiego turysty, który rozbił Opla Kadetta GSI  Superamerica na autostradzie pod Zakopanem .

Wujek Palikarp pomalował auto matowo czarnym chlorokauczukiem, co uczyniło automobil niewykrywalnym dla radarów i niewidzialnym dla blachar lecących na błyszczące samochody. Piszczący pasek klinowy emitował dźwięki odstraszające zwierzynę z pasa drogowego. Fabryczna instalacja podtlenku biedy. Hak wbity w oczodół, klima nie nabita. Automobil doskonały!

A Mroczne Wrzeciono? Ponieważ zostało Wujkowi trochę farby, pomalował też kajak Polsport Chojnice - ciężką, dwuipółmiejscową konstrukcję do taranowania jednostek nawodnych i podwodnych. Straszliwa broń.

Mroczny Mściciel i Mroczne Wrzeciono stanowili grupę uderzeniową, której obawiali się swojego czasu najwięksi gracze. Podobno na ich widok Andreas Baader się raz zesrał a Ulrike Meinhoff miała orgazm. Czarny Wrzesień poszarzał a Frakcja Czerwonej Armii zbladła. Abu Nidal uciekł do hotelu Victoria na dziwki. Tylko chłopaki z Tymczasowej IRA, mogli się czuć w miarę bezpiecznie, bo Mroczny Mściciel był napędzany irlandzką wódą. To były piękne czasy, lecz dawno temu. 


- Eh, szkoda, że nie ma z nami Mariana.. - westchnął Mieczysław, popijając gorącą chińską zupkę, którą w międzyczasie zrobiliśmy, bo praca w błocie i dynamicie sprawia, że człowiek szybko głodnieje. Zgodnie z ostatnią wolą zmarłego, do kubków dosypaliśmy po szczypcie jego doczesnych prochów. Smakowały całkiem nieźle.

- JAK TO NIE MA? BĘDĘ WAS TERAZ STRASZYĆ, TĘPE CHUJE! DZIĘKI NEKROMANCKIEJ ZUPCE W PROSZKU ZNÓW MOGĘ SIĘ Z WAS NABIJAĆ, DAWAĆ DOBRE RADY I TAKIE TAM.  - znajomy bas Mariana zadudnił nam wewnątrz czaszek. 





Nagle zrobiło się jakoś tak strasznie cicho i dziwnie. Siostra Mariana milczała znacząco a Otokar, jak to Otokar -  zemdlał. Skacowany Mieczysław zwymiotował całą, dopiero co zjedzoną zupkę. A ja? Nawet się trochę ucieszyłem, bo stęskniłem się za tym pajacem. Super sprawa, nawet, jeśli mamy do dyspozycji tylko fonię. Musiałem teraz sprawdzić czy połączenie działa w obie strony i jest stabilne.

- Halo, halo. Cześć Maniek! Nie podejrzewałem, że kiedykolwiek to powiem, ale miło cię znów słyszeć! Hej, stary, powiedz, jak tam jest po drugiej stronie. Jest cokolwiek?

- STRASZNIE GORĄCO.

1 komentarz: